Rafał Misztal: Potrafimy pokazać rogi

W przedłużonej rundzie jesiennej bez cienia wątpliwości należał do najlepszych bramkarzy na zapleczu ekstraklasy. Rafał Misztal, bo o nim mowa, w ekskluzywnej rozmowie z naszym portalem.

Czy uważa pan jesienny dorobek punktowy Pogoni za satysfakcjonujący?
I tak, i nie. Patrząc przez pryzmat naszego początku, zbierania całej drużyny, budowania jej od nowa, sytuacji, w której praktycznie 75% zawodników dołączyło do drużyny dopiero latem, w tym ja, a także biorąc pod uwagę jak zakończył się poprzedni sezon dla Pogoni Siedlce to nikt nie liczył na taki dorobek punktowy. Wiadomo, że każdy chciał uzbierać jak najwięcej punktów, ale przed sezonem taki wynik wzięlibyśmy w ciemno. Z biegiem czasu nasze oczekiwania uległy zmianie. Najgorszy początek mieliśmy za sobą, później złapaliśmy rytm, zaczęliśmy punktować, to i wzrósł nasz apetyt. Chcieliśmy zrobić jak najwięcej punktów. Niestety, finisz nam nie wyszedł – zanotowaliśmy cztery porażki z rzędu, które bolą nas do tej pory. Jesteśmy w takiej sytuacji, jakiej jesteśmy. Mamy do siebie dużo pretensji, szczególnie o grę w dwóch meczach wyjazdowych – z Bytovią i Dolcanem. Spotkania ze Stomilem i z Chojniczanką dziwnie się toczyły; dziwne rzeczy w nich się działy. Nie usprawiedliwia to wyniku czy naszej gry, jednak sędziowie na pewno nam nie pomogli. Nie uznając nam bramki, dyktując rzut karny przeciwko nam czy uznając gola rywalom po zagraniu ręką. Tych dwóch punktów nam brakuje, bo wtedy bylibyśmy na 10 miejscu. Co się stało, to się nie odstanie. Nasza sytuacja nie jest ani dobra, ani zła. Zobaczymy jak będzie na wiosnę.

Czy widział pan bramkę Rafała Kujawy na wideo? Abstrahując od tego czy karny był słuszny to jego wykonanie było dalekie od futbolowych prawideł.
Dopiero po meczu koledzy z innych klubów powiedzieli mi, że piłka stoczyła się, a on na dodatek przewrócił się przy wykonaniu karnego. Tak to wyszło. Piłka ruszyła się Kujawie, zawiał wiatr, on się przewrócił, a w efekcie tego wszystkiego futbolówka przeszła mi pod ręką i wpadła do siatki. Mam do siebie pretensje, ponieważ poszedłem lekko w górę. Gdybym po prostu położył się na ziemi to piłka wpadłaby mi w koszyk.

Nie bał się pan przychodzić do zespołu będącego w rozsypce. Czy o transferze do Siedlec zdecydowała osoba trenera Sasala czy inne względy?
Przede wszystkim w podjęciu decyzji pomógł mi telefon od trenera, który spytał mnie o przynależność klubową, o to kiedy kończy mi się kontrakt w Chojnicach. W poprzednim miejscu pracy zostałem potraktowany nie tak, jak na to zasługiwałem. Trudno, ich decyzja. Po 3,5 roku trzeba była szukać czegoś nowego, nowego klubu, nowego chleba. Wiadomo, że to jest moja praca. Trener Sasal zadzwonił, na co z pewnością wpływ miała nasza współpraca w przeszłości. Kiedy byliśmy razem w Dolcanie wyniki były dobre. Trener poszukiwał doświadczonego bramkarza i to chyba był główny powód, że do mnie zadzwonił. Teraz każdym treningiem, każdym meczem staram się pokazać, że podjął dobrą decyzję.

Trener Sasal w jednym z ostatnich wywiadów powiedział, że się rozumiecie. Co to znaczy?
W związku mężczyzny z kobietą musi być chemia, tak samo jest z relacją zawodnika z trenerem. W wielu sprawach trzeba umieć się dogadać. Często dyskutujemy na niektóre tematy, takie jak nasza gra defensywna, ustawienie przy stałych fragmentach czy kwestie taktyczne. Myślę, że wszystko idzie ze sobą w parze. Byłem młodszy, kiedy poprzednio współpracowałem z trenerem Sasalem, ale pokazałem wtedy, że coś potrafię i moja osobowość liczyła się w klubie. Cieszę się, że teraz jest okazja do kontynuacji.

Na spotkaniu z kibicami Pogoni trener Sasal wspominał o pańskim pechu we wcześniejszych latach kariery. Zawsze coś stawało na drodze do debiutu w ekstraklasie.
Trochę nieszczęśliwie trafiałem, zdarzały się też kontuzje. Generalnie w Bełchatowie graliśmy wtedy o mistrzostwo Polski. Ciężko wstawić do bramki debiutanta, kiedy gra toczy się o najwyższą stawkę, choć byłem bliski otrzymania szansy. Piotrek Lech był superbramkarzem, jak na polskie warunki, rozegrał ponad 350 występów w ekstraklasie. Cieszyłem się, że miałem się od kogo uczyć. Bardziej rywalizowałem z Łukaszem Sapelą o miejsce numer 2. Był starszy, zagrał kilka meczów, a na dodatek był wychowankiem. Może nie byłem zapchajdziurą, ale czekałem, czekałem i się nie doczekałem. Później zerwałem więzadła krzyżowe, przez co dokończyłem sezon na trybunach. Trzeba było szukać nowych rozwiązań. Przeniosłem się do Widzewa, w którym rywalizowałem z Bartkiem Fabiniakiem. Złapałem wtedy nieszczęśliwie kontuzję ręki, a na domiar złego Józef Młynarczyk nie był zwolennikiem mojej osoby. W Łodzi byłem chyba jeszcze bliżej debiutu niż w Bełchatowie. Wróciłem do GKS, jednak u trenera Janasa byłem numerem 2. Przez 3 lata moja kariera rozkładała się pomiędzy ławką, gabinetami lekarskimi i trybunami. W związku z tym zostałem zmuszony do zejścia pod ziemię, trafiłem do I ligi do Dolcanu i tak moja przygoda dalej się toczyła. Nie jeden chciałby grać na zapleczu ekstraklasy, więc szanuję to co mam. W podświadomości siedzi jednak myśl, że brakuje mi przynajmniej debiutanckiego występu na najwyższym szczeblu.

Pamięta pan początki Dolcanu Ząbki w I lidze. Czy obecna Pogoń przypomina w czymś podwarszawski klub sprzed kilku sezonów?
Dzisiaj Dolcan to jest firma, która powstała dzięki ciężkiej i systematycznej pracy. W pierwszych sezonach o utrzymanie w lidze nie było łatwo. Czasem udawało się to osiągnąć w nieprawdopodobnych okolicznościach. Każdy mówi, że łatwiej utrzymać się niż później awansować. Do Dolcanu trafiłem przed rundą wiosenną premierowego sezonu w I lidze. Jesienią piłkarze z Ząbek nie mogli grać na własnym stadionie, musieli korzystać z zastępczego obiektu w Nowym Dworze Mazowieckim. Ciężko mi porównać sytuację obu drużyn. Jeżeli chodzi o trudną jesień Dolcanu to przypominała ona pierwszy sezon Pogoni w I lidze, natomiast udana wiosna raczej pasuje do obecnych rozgrywek. Główna różnica jest taka, że skład w Ząbkach był wtedy bardziej unormowany. Dolcan był skazywany na pożarcie, jednak pozytywnie zaskoczył wszystkich. W Siedlcach było identycznie. Na dzień dobry ogłoszono, że będziemy dostarczycielem punktów. Pierwsze zwycięstwa nas nakręciły i zaczęliśmy wierzyć w siebie. Rywale, do pewnego momentu, lekceważyli nas, ale to był ich problem. Runda wiosenna będzie cięższa, ponieważ każdy już wie, że potrafimy pokazać rogi.

Gościł pan już w Siedlcach wcześniej, przed transferem do Pogoni. Czy pamięta pan te wizyty?
Pamiętam, że na początku poprzedniego sezonu przegraliśmy w Siedlcach 1:4, a ja – nie wiedzieć czemu – usiadłem na ławce. Bronił młody chłopak, był to jego pierwszy występ i przyjął cztery bramki. Była to najwyższa porażka, jaką pamiętam z pobytu w Chojniczance. W rewanżu wygraliśmy 5:0 i wtedy już broniłem.

Jeszcze była wizyta w II lidze z KSZO, kiedy siedlczanie przegrali 1:2, a pan został bohaterem meczu.
Ten mecz wypadł mi z pamięci. Przypominam sobie, że rozegraliśmy wtedy niezły mecz, a mi wyszło bardzo dobre spotkanie. My jechaliśmy do Siedlec z myślą, że to nie my jesteśmy faworytem. Mój kolega, Adam Czerkas, próbował mnie ostrzeliwać z każdej strony, ale jakoś wybrnąłem z tego wszystkiego. Później trener Wędzyński oceniał, że Pogoń miała problem ze strzeleniem bramki, z czego ja byłem zadowolony.

W I lidze w barwach Pogoni rywalizował pan już z trzema byłymi klubami – Chojniczanką, Dolcanem i GKS Bełchatów. Najmilej chyba będzie pan wspominał spotkanie w Bełchatowie, a najgorzej dwumecz z klubem z Ząbek.
Szkoda mi meczu w Chojnicach. Grałem dobry mecz, drużyna też prezentowała się dobrze, pomimo straty jednego zawodnika. Przewaga Chojniczanki sprawiła jednak, że skończyło się naszą porażką w ostatniej minucie. Chyba to najbardziej boli. Bramka stracona w 90 minucie w dziwnych okolicznościach, a do tego jeszcze nasz nieuznany gol w samej końcówce. Wracaliśmy z tego meczu w tragicznych humorach. Jeszcze jednak nie wiedzieliśmy co nas czeka w Ząbkach. Nie wierzę do dzisiaj, że jedna drużyna w dwóch meczach zdołała mi strzelić 10 bramek. Generalnie w całej seniorskiej piłce nie puściłem nigdy sześciu bramek w ciągu 90 minut, w I lidze przez ponad 160 spotkań nie puściłem nawet pięciu. Zaczęliśmy super, objęliśmy prowadzenie, później doszło do mojego nieporozumienia z Rafałem Zembrowskim i Dolcan zdobył gola do szatni. Po przerwie nie wiem co się z nami stało. Trauma jest po tym meczu, ale trzeba znaleźć jakiś pozytyw. Nauka poniesiona w Ząbkach nie poszła w las. Wyciągnęliśmy wnioski i wygraliśmy z Chrobrym. Trzeba o tym zapomnieć, choć nie jest to łatwe, kiedy 6-krotnie wyciągało się piłkę z siatki.

W Chojnicach w niedługim czasie po pańskim odejściu pojawiły się odgłosy tęsknoty za Rafałem Misztalem. Przed meczem z Chojniczanką został pan nagrodzony pamiątkową koszulką za 3,5 roku gry. Czy był to dobry czas?
W Chojnicach trener Pawlak lubił eksperymentować przy obsadzie bramki, lubił wystawiać młodzieżowca. Były takie kuriozalne sytuacje, że trzy mecze zagrałem na zero, a w czwartym siedziałem na ławce rezerwowych. Moje starania o regularne występy przypominały walkę z wiatrakami. Kiedy było źle to byłem potrzebny, a jak było dobrze to można było poeksperymentować. Trochę mnie to bolało. Wiadomo, że nie mam żalu do nikogo w Chojnicach, ale wiadomo, że nie byłem ulubieńcem trenera Pawlaka. Tak to wyglądało.

Wiosną Pogoń wreszcie powróci na własne boisko, co powinno być atutem. Pierwsze pięć meczów po zimowej przerwie zapowiada się jednak równie ciekawie, co trudno.
Jesień zaczynaliśmy tak samo. Mówiono mi, że z naszym terminarzem zdobycie punktu w pierwszych pięciu kolejkach będzie wyczynem. A my zdobyliśmy siedem i wszyscy zaczęli się za głowę łapać. Uważam, że nam gra się lepiej z drużynami lepszymi, które grają w piłkę. Ponadto dochodzi dodatkowa mobilizacja. Skład nieco się zmieni, dojdą nowi zawodnicy. Każdy mecz jest inny. Ta liga jest tak wyrównana i zróżnicowana, że zwycięstwo ostatniej drużyny na terenie lidera nie zaskakuje już tak bardzo, jak to miało miejsce kilka lat temu. Myślę, że pomimo ciężkiego terminarza nie będziemy chować głów w piach. Z każdym można skutecznie walczyć o punkty.

Czy był pan wcześniej w sytuacji, kiedy przychodzi pan do klubu, a linia obronna jest tworzona praktycznie od zera?
Chyba nie. To jest dziwna, problematyczna sytuacja. W pierwszym meczu z Dolcanem wyglądało to tak, jakby ktoś zebrał jedenastu chłopa spod marketu albo spod kościoła i wystawił do składu. Tak wyglądaliśmy i się wstydziliśmy. Po meczu w szatni powiedzieliśmy sobie kilka gorzkich słów. W meczu z Zawiszą końcowy wynik nie odzwierciedlał naszej postawy. Obrona budowała się w ostatniej chwili i to miało wpływ na to, że niektóre spotkania nie przebiegły po naszej myśli. Przyjechaliśmy z różnych części Polski i zostaliśmy postawieni przed zadaniem stworzenia drużyny. W środku sezonu udało nam się wypełnić tę misję.

Pański macierzysty klub, Olimpia Warszawa, to kuźnia bramkarskich talentów.
Tak wyszło, że w Olimpii dobrze szkolili bramkarzy. Poza mną i bratem, grającym w Zniczu, Rafał Leszczyński jest w Piaście Gliwice, natomiast Wojtek Małecki niedawno przeszedł z Korony Kielce do Kotwicy Kołobrzeg. Z klubu wyfrunęli tylko bramkarze, których szkolenie stało na dobrym poziomie. Trenerzy tacy jak Pocialik czy Wiśniewski mieli do tego nosa.

Olimpia to dzisiaj dolne rejony IV ligi. Chyba ciężko wypatrywać sukcesów biało-niebieskich?
Jak byłem małym chłopakiem były jakieś zapowiedzi. Pamiętam mecz o awans do II ligi Olimpii bodaj z Warmią Grajewo. Później o spotkaniu chodziły różne słuchy. Wtedy Olimpia była najbliżej wyższej ligi. Reorganizacja wpłynęła na to, że piłka już się nie podźwignęła. Do tej pory klub nie doczekał się boiska treningowego. Większość dochodów klubu pochodzi z niedzielnego bazaru, który rozstawia się w alejkach między boiskami. W Olimpii postawiono na młodzież, jednak w Warszawie pootwierano mnóstwo szkółek i trudno rywalizować z Legią czy Polonią.

Czy wiąże pan przyszłość z Siedlcami?
Jestem już na tym etapie życia – żona, dwójka dzieci – że każda zmiana jest kłopotliwa. Każda przeprowadzka kosztuje nas dużo wysiłku, pracy. Młodzi piłkarze, którzy jeszcze tego nie doczekali, nie mają o tym pojęcia. Spakują dwie-trzy torby i pojadą na drugi koniec Polski. U mnie wygląda to tak, że człowiek jeździ z całym dobytkiem. Mam kontrakt ważny do czerwca, jak wszyscy. Nie ukrywam, że chciałbym zostać w Pogoni na dłużej. W klubie wszystko funkcjonuje dobrze. Baza, jak na warunki I-ligowe, jest chyba najlepsza w Polsce. Oświetlenie doda uroku stadionowi. Jest hotel, aquapark, na brak młodzieży też nie sposób narzekać. Mamy z żoną bliżej w rodzinne strony, więc na pewno chciałbym tu zostać dłużej. Muszę jednak czekać na ruch ze strony zarządu. Nie będę chodził i prosił o nowy kontrakt. Ja swoje robię na treningach i w trakcie meczów.

Pogoń celuje w wyższe miejsce w tabeli, ale powtórka z zeszłego sezonu, czyli baraż, jest prawdopodobna. Na miejscu barażowym w II lidze jest Znicz Pruszków, a tam w bramce stoi pański brat – Piotr. Czy wyobraża pan sobie taki scenariusz?
Już się z bratem śmialiśmy z takiej możliwości kilka kolejek temu. Takie są koleje losu. Istnieje takie prawdopodobieństwo. W I lidze rywalizowaliśmy, kiedy ja byłem w Chojnicach, a brat w Tychach, natomiast w II lidze okazją do spotkania był mecz KSZO – Znicz. Na razie ja jestem górą w braterskim pojedynku. Mimo tego nie chcę nawet myśleć o takiej sytuacji. Brat przed sezonem nie liczył, że Znicz będzie faworytem do awansu, jednak pruszkowianie rozkręcili się i są w dobrej sytuacji przed wiosną. Każdy chce ominąć baraż, nie tylko my. Uważam, że nasza drużyna jest na tyle dobra, żeby oddalić się od zagrożenia.

Kiedyś na pańskim Facebooku pojawił się wpis krytycznie oceniający postawę jednego z ekstraklasowych bramkarzy. Czy towarzyszą panu czasem myśli typu: Jak ten gość broni na najwyższym szczeblu, a ja „tylko” w I lidze?
Oczywiście, że tak. Nie chodzi o jakieś zbyt wysokie mniemanie o sobie. Uważam, że kilku bramkarzy zagrało w ekstraklasie z konieczności i na tym skończyła się ich przygoda. Jeżeli jednak czasem widzę, że gość ma 100 występów na najwyższym szczeblu, a nie umie piłki złapać to ręce opadają. Miewam żal do losu, że nie dostałem okazji, aby chociaż zadebiutować. Wydaje mi się, że bramkarze w I lidze popełniają mniej błędów niż ci w ekstraklasie. Być może dlatego, że mecze w najwyższej lidze są dokładniej analizowane. Jest kilku golkiperów, którzy notorycznie odwalają jakiegoś babola, są z tego śmiechy. Nie uważam, że powinno śmiać się z kolegów po fachu, ale jeśli komuś zdarza się to co drugi mecz i non stop dostaje kredyt zaufania to coś jest nie tak.


Rozmawiał: Kamil SULEJ

Komentarze   

 
0 #1 wacek 2015-12-25 08:28
Piłkarzy którzy nie dostali i nie dostaną "szansy od losu" jest mnóstwo. W Pogoni też są zawodnicy którzy nie mają prawa grać na poziomie I ligi. Oczywiście nie chodzi o Misztala, ale co w tej drużynie robią np. Paczkowski, Krawczyk, Dzięgielewski, Chyła, Ceglarz ????? W niższych ligach na samym Mazowszu grają lepsi zawodnicy.
Cytować
 

Dodaj komentarz


Dodatkowe informacje